Sama Black Rose Wars robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Jest rozmach, są magowie, potężne zaklęcia, ewokacje, szkoły magii i przede wszystkim mnóstwo kombinowania. Programowanie czarów daje sporo satysfakcji, bo trzeba nie tylko zastanowić się, co chcemy zrobić, ale też przewidzieć, co może wydarzyć się za chwilę. Do tego dochodzi budowanie swojej talii i szukanie coraz ciekawszych połączeń między kartami.
I właśnie za to bardzo ją doceniam. Gra daje poczucie, że cały czas mamy coś do odkrycia. Co chwilę pojawia się jakiś pomysł na combo albo sposób wykorzystania karty, którego wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Jest w tym sporo frajdy.
O balansie na razie nie będę się wypowiadał. To zdecydowanie za wcześnie. Traktuję ten tekst jako pierwsze wrażenia, a nie ostateczny werdykt po kilkudziesięciu partiach. Żeby sensownie ocenić balans szkół, kart czy konkretnych strategii, trzeba tę grę znacznie lepiej poznać, a ja pewnie już do niej nie wrócę, chyba że gdzieś kiedyś ktoś zaproponuje.
Natomiast jest jedna rzecz, która cały czas przeszkadzała mi w pełnym zachwycie nad pierwszą częścią.
Black Rose Wars: Odrodzenie.
Bo ono już istnieje. I jeśli ktoś, tak jak ja, ma Odrodzenie, grał w nie i naprawdę je uwielbia, to trudno nie porównywać obu tytułów.
I niestety dla pierwszej części, dla mnie Odrodzenie wygrywa.
Co więcej, grając teraz w pierwszą Black Rose Wars, bardzo wyraźnie widzę, co zostało poprawione w Odrodzeniu. I to jest chyba najciekawsze w całym tym porównaniu. Core obu gier pozostał ten sam, nadal mamy ten sam świetny fundament, programowanie czarów, szkoły magii, ewokacje i całe to kombinowanie. Ale jednocześnie widać, że twórcy dostali bardzo dobry materiał wyjściowy i po prostu zaczęli go poprawiać, szlifować i rozwijać.
I dla mnie właśnie dlatego Odrodzenie wypada tak dobrze. Nie jest grą, która całkowicie odcina się od pierwowzoru i próbuje wymyślić wszystko od nowa. Bierze to, co w Black Rose Wars było dobre, i pokazuje, jak można było zrobić to jeszcze lepiej.
Przede wszystkim szkoły magii. W Odrodzeniu są dla mnie po prostu ciekawsze. Bardziej charakterystyczne, bardziej wyrafinowane i dające więcej możliwości strategicznego kombinowania. Mam wrażenie, że każda z nich mocniej narzuca pewien styl gry, a jednocześnie pozwala znaleźć mnóstwo ciekawych sposobów na wykorzystanie jej potencjału.
Podobnie mam z ewokacjami. W pierwszej części są fajnym elementem, ale w Odrodzeniu zdecydowanie bardziej mnie kupują. Są ciekawsze i mam większą ochotę budować wokół nich swoją strategię. Po prostu częściej pojawia się to przyjemne uczucie: „O kurde, a gdybym zrobił to w ten sposób…”.
I właśnie dlatego pierwsza część jest dla mnie trochę ciekawym doświadczeniem. Z jednej strony gram i świetnie się bawię, a z drugiej cały czas widzę rzeczy, które zostały później poprawione. Widać po prostu, skąd wzięło się Odrodzenie. Fundament jest bardzo podobny, ale wiele elementów zostało rozwiniętych i dopracowanych w taki sposób, że po poznaniu drugiej części trudno już nie zauważać tych różnic.
Mam też dwa drobniejsze problemy z pierwszą częścią.
Pierwszy to oznaczanie naszych ewokacji różyczkami. Niby pierdoła, ale strasznie mnie to irytuje. Ciągłe pilnowanie, która różyczka należy do którego gracza, dokładanie ich i przekładanie… Dla mnie jest to po prostu niepotrzebnie upierdliwe. Może brzmi jak czepianie się szczegółu, ale właśnie takie małe rzeczy potrafią wpływać na płynność rozgrywki.
Druga rzecz to instrukcja. I tutaj mieliśmy kilka momentów, kiedy zamiast dostać jasną odpowiedź, zostawaliśmy z kolejnym pytaniem. Niektóre sytuacje nie są opisane tak precyzyjnie, jak bym tego oczekiwał, i trzeba się domyślać, jak właściwie należy rozpatrzyć daną sytuację. Przy grze o takiej liczbie zależności jest to zwyczajnie frustrujące.
Za to bardzo podobały mi się wydarzenia. I tutaj, moim zdaniem, pierwsza część ma nawet przewagę nad Odrodzeniem. Są ciekawsze, potrafią namieszać przy stole i sprawiają, że sytuacja nie jest aż tak przewidywalna. To jeden z tych elementów, które naprawdę dodają grze charakteru.
Ostatecznie więc wychodzi mi 8/10.
Bo nie mam wątpliwości, że Black Rose Wars to bardzo dobra gra. Jest efektowna, daje mnóstwo możliwości, pozwala kombinować i zdecydowanie ma w sobie coś, co zachęca do kolejnych partii.
Tylko że ja mam ten nieszczęsny punkt odniesienia w postaci Odrodzenia.
I dlatego, gdybym miał dziś wybrać jedną z tych dwóch gier, nawet się specjalnie nie zastanawiam. Biorę Odrodzenie. Mam je, uwielbiam i moim zdaniem jest po prostu ciekawszą, bardziej dopracowaną i strategicznie bardziej satysfakcjonującą wersją tego pomysłu.
Co nie zmienia faktu, że pierwsza Black Rose Wars nadal jest bardzo dobrą grą. Po prostu trochę trudno mi zachwycać się nią w pełni, kiedy wiem, że istnieje jej wersja, która, przynajmniej dla mnie, robi wiele rzeczy jeszcze lepiej.
I chyba właśnie to jest najlepsze podsumowanie: Black Rose Wars pokazało, że ten pomysł działa. Odrodzenie pokazało, jak można go dopracować. Core pozostał ten sam, ale grając w obie części, bardzo wyraźnie widać tę ewolucję.
Jednocześnie przez to wszystko jeszcze bardziej zaciekawiła mnie Black Rose Wars Revised Edition. Skoro pierwsza część dostała kolejną szansę na poprawienie rzeczy, które już teraz uważam za jej słabsze strony, to zdecydowanie będę ją teraz uważnie śledził.
I szczerze mówiąc, coraz bardziej skłaniam się ku temu, że może warto będzie dorzucić ją sobie do Odrodzenia. Nie zamiast niego – bo Odrodzenia nie zamierzam się pozbywać, tylko właśnie jako uzupełnienie. Jestem ciekawy, jak bardzo udało się poprawić pierwszą część i czy Revised Edition będzie w stanie sprawić, że spojrzę na nią trochę inaczej.