Trzeba zacząć od tego, że Ekspedycyje znacząco różnią się od Scythe, choć istnieją pewne podobieństwa. To dwie różne gry i przed pierwszą rozgrywką warto mieć to na uwadze. Ekspedycyje skupiają się głównie na dobieraniu kart, umiejętnym zagrywaniu ich w taki sposób, aby wykorzystać ich zdolności oraz na efektywnym poruszaniu się mechem i korzystaniu z akcji, które widnieją na kaflach. Nie czułam zbytnio klimatu czającego się zagrożenia, które musimy zniwelować, ale mi to nie przeszkadzało.
Natomiast podoba mi się aspekt rywalizacji i wyścigu pomiędzy graczami, ponieważ zależy nam na zebraniu jak największej liczby monet i szybkiemu umieszczeniu czwartej gwiazdki na torze chwały, by zakończyć grę. Brak interakcji pomiędzy graczami nie jest dla mnie problemem, choć możemy być czasami wredni, wchodząc mechem na pole, które inny gracz chce właśnie odwiedzić albo wziąć bądź posprzątać kartę ze stołu, którą przeciwnik chciałby pozyskać. Asymetryczne zdolności mechów wydają mi się dobrze zbalansowane, co sprawia, że każdym z nich da się wygrać.
Gra ma swoje wady, dla mnie jest to brak rekompensaty dla osób, które nie mają możliwości pozyskać robotników w pierwszych turach, niewykorzystywanie monet albo dodatkowa tura dla gracza, który odpalił koniec gry. Ilustracje Jakuba Różalskiego oraz świetnie wykonane mechy dodatkowo umilały mi grę. Jeśli miałam wrócić do Ekspedycji, to najchętniej w 2- lub 3-osobowym składzie.